sobota, 2 października 2021

Hazard

Zagrajmy wszyscy w pokera
Nie na pieniądze
Nie na domy
Nie po prostu
Nie na życie

Zagrajmy wszyscy w pokera
Na śmierć
Kto wygrywa
Ginie
Nie trudno przecież jest wygrać

Zagrajmy wszyscy w pokera
Z Kostuchną
Patrząc codziennie
W jej trupie lica
Licząc na dobre karty

Zagrajmy wszyscy w pokera
A kiedy wszyscy wygramy
Będziemy gotowi
By raz jeszcze
Zagrać wszyscy w pokera

poniedziałek, 16 marca 2020

Chwyt

Delikatny
Związek trzech
W chaotycznym
                            tańcu
Niechcianych
Niekochanych
Krzywych

A gdyby kłamało
Pokazywało zmienione

Wie
Boi się
Ukrywa

Nastawia głowę
Zamyka oczy
Tak być musi

Chaotyczny taniec
Trzech
Poukładanych razem
                                   w nieład


piątek, 7 lutego 2020

Zapowiedź

Kiedy kruki niosą czerń,
Twoje Słońce wstaje.
Kiedy kruki niosą dźwięk,
Twoje serce bije.
Kiedy kruki patrzą w dal,
Twoje nogi tańczą.
Kiedy kruki lecą w stronę twą...
Twoja śmierć żyje.


***

Od dawna już tu nic nie wstawiałem... Ale zamierzam to zmienić. Tak jak tytuł mówi- to będzie zapowiedź czegoś większego, co będzie wywodzić się od mojego pierwotnego opowiadania. Pierwsza część powieści "Kroniki Śmierci: Kult Ćmy" już niedługo powinna się pojawić! ;)

piątek, 15 marca 2019

Moja Droga

Ludzie się schodzą,
A później rozchodzą.
I znowu się schodzą,
I znowu się rozchodzą...

A ja zawsze się tylko rozchodzę.
Sam ze sobą...
Kłóce się, wychodzę,
Wypominam sobie błędy.
Trochę jak w związku małżeńskim,
Tyle, że jest w nim jedna osoba.

Lubię siebie, wręcz kocham,
Ale mam na tyle nieznośny charakter,
Że gdybym miał możliwość odejścia
Od siebie - zrobiłbym to bez najmniejszego namysłu.

Ale głupio tak zostawić siebie samego.
No bo gdy odejdę od siebie,
To czy nadal będę sobą?
A kim będzie ta druga osoba?
To znaczy to moje "ja", ale beze mnie.

Forma bez wypełnienia jest pusta
I robi tylko za nikłą ozdobę.
Za to wypełnienie bez formy
Jest po prostu bezkształtną masą.

Może jednak zejdę na dół
I odwołam ten pogrzeb...?

sobota, 2 lutego 2019

Modlitwa

W górę kieruję me oczy,
Do Was ręce wznoszę,
O bogowie Olimpu wielkiego,
Losu mojego panowie!
Odpowiedzcie!

O Ateno, wiedzo tajemna,
Tobie ta wieść wiadoma.
Zatem daj mi dar by zrozumieć,
Tego, czego nie pojmuje.
Nie całości, ale części,
Tej najbardziej nieodkrytej.

O głębin władco, Posejdonie,
Postrachu wszelkich korsarzy,
Wskaż mi drogę, nie do domu,
Lecz na wody głębokie,
Bo wśród fal i szumu wody
Swój odnajdę spokój.

O chwalebna Afrodyto,
Bogini wszechpiękności,
Czemuż innym Ty pozwalasz,
Z piany twej się rodzić
I niczym rusałka po polanie krążyć,
I wabić, i zabijać?

O Zeusie, panie niebios,
Czemuż jesteś niewrażliwy,
Na zabawy twej rodziny?
Wszak już Odyn jest bardziej łaskawy...

poniedziałek, 17 grudnia 2018

List do zabójcy

Drogi morderco,
Zamiast wbijać mi nóż w plecy,
Daj go mi w prezencie.
Lepiej sam zadam sobie ten cios,
Oszczędzając przy tym twoje siły.
Nie ubrudzisz się krwią,
A policja nie znajdzie odcisków twoich palców.
Wiem, że dla Ciebie nie byłoby to proste,
Zatem daruj sobie planowanie przestępstwa.
Wyręczę Cię, a Ty w tym czasie
Odpoczywaj sobie bezpiecznie w domu,
Nie przejmując się niczym.
P. S. Nie martw się o mnie- dam sobie radę...

wtorek, 4 grudnia 2018

Dobry sługa

Boże Święty ,
Świecie przeklęty!
Wybuchnij grubiaństwem,
Pieniędzy zachłaństwem!

Ach, wzbudź słów powodzie,
Wszak to wszystko teraz w modzie!
Pieniądz się liczy, nie człowiek,
Nie serca bicie, nie sen zmęczonych powiek...

Liczę się "ja" i moja bajka,
Człowiek to dla mnie tylko zabawka.
Gdy ja zechcę, skinę palcem,
On zatańczy dla mnie walcem.

Wezmę w rękę jak pluszankę,
Wyrawę jemu łapek parkę,
Czy zapłacze? Czy to ważne?
Niech go spalę, ja tu marznę...

Może przedtem plusz mu wydrę,
Takie ze mnie zwierzę chytre,
Bo co moje, to jest dla mnie,
Przecież ja się bawię marnie.

Po to jest zabawka mała,
Żeby radość mi dawała!
A gdy znudzi, gdy już stara...
Niechaj zgnije w samotności - taka jego kara...

piątek, 30 listopada 2018

Epitafium

Zawsze stałeś w swoim ulubionym miejscu w pokoju,
Cicho, grzecznie, wśród moich ramion zdroju.
Gdy zmęczony z pracy chciałem czasem się poddać,
Ty zawsze umiałeś mi swe ciepło śmiało oddać,
Sprawić, że czułem się jedyny w swoim rodzaju,
Będąc dumny, będąc ojcem w tym niezwykłym zwyczaju...

Teraz ciężko mi łzy powstrzymać,
Chciałbym ten czas naraz zatrzymać,
Zanim spadłeś z bardzo wysoka,
Zanim roztrzaskała się twa powłoka,
Kiedy byłeś synem kasztelanowym...
Kiedy byłeś najlepszym kubkiem porcelanowym...

czwartek, 27 września 2018

Zew

Wiej, wietrzyku, wiej kochany!
Porwij mą duszę, lud zaniedbany
W górę, w górę podnieś wysoko
Tam, gdzie nie sięgnie ludzkie oko!
Zerwij kajdany, usta otwórz
W niebiosa głos ludu powtórz!

U stóp Olimpu rozłóż dar
Niech całą górę pochłonie czar,
Niech wszystkich bogów zrzuci z tronu
Straszliwy dźwięk katedralnego dzwonu,
Niech runą z hukiem na ziemię zniszczoną,
Pustą, jałową- przez nich złupioną.
Niech poznają w końcu prawdziwą łzę człowieka,
Wielką i gorzką- nią nasz kraj ocieka,
Niech zaznają chleba ludu wiernego,
Który tylko pragnie... wiatru lekkiego...

środa, 19 września 2018

Ironia

Stuk, puk...  
Mrok...
Stuk, puk...
Mróz...
Stuk, puk...
Ciemność... 
Stuk, puk...
Chłód...

Noc pełna kruków, lecz pustych cmentarzy...
Noc pełna żywych ciał, lecz martwych dusz...

Dzień pełen ciszy, lecz przeraźliwie krzyczący...
Dzień pełen spojrzeń, lecz dogłębnie ślepy...

Czerń jakby bielsza, a biel... czarniejsza...

Lecz czy prawdziwym chlebem,
Nie powinien być ten nasz...?

wtorek, 13 marca 2018

(Po)ranki

Są słowa, które wyjątkowo dotykają czlowieka.
Przeszywają duszę jak spartańska włócznia
I zostają w sercu niczym grot zatrutej strzały.
Nie dają o sobie zapomnieć, krążąc
Jak sęp nad prawie martwym zwierzęciem.
Słowa, które zjadają powoli od środka
Niczym sokół skubiący cały dzień wątrobę,
Która odrasta każdego dnia... W nieskończoność...
Słowa, które są jak niezrozumiała klątwa
Pompująca dawkami swoją wiecznie dręczącą,
Nieprzemijającą i żrącą, piekielną truciznę.
Słowa, które działają niczym igła
Przekuwająca balonik ludzkiej psychiki,
Który pękając uwalnia milion tonów emocji
Rozsypujących się na około niczym różnobarwne konfetti.
Słowa, które działają jak spojrzenie Gorgony
Zmuszając człowieka do całkowitego bezruchu,
Pustego wzroku, który już przedtem był nieobecny.
Słowa, które sprawiają, że człowiek staje się
Czymś na wzór rozwścieczonej, buchającej parą i dymem lokomotywy,
Pędzącej ślepo w nieskończoną przestrzeń
Tracąc przy tym powoli na prędkości.
Słowa, które zamieniają człowieka w bezmyślną pozytywkę,
Tańczącą i powtarzającą w koło jedno zdanie,
Z czasem stające sie swego rodzaju Biblią, wiarą.
Są też słowa, które w trakcie ich układania
Tworzą swój mały raj pełen kwiatów i drzew owocowych
Sprawiających radość z samego ich oglądania,
Lecz są one tak rzadko wypowiadane i wypuszczane,
Że ludzie zupełnie nie zwracają na nie uwagi...

wtorek, 6 marca 2018

Biało-czarny

Dawno, dawno temu,
Za biało-czarnymi górami,
Za biało-czarnymi lasami,
Wiedli całkiem zwyczajne,
Biało-czarne życie
Biało-czarni ludzie.
I nic by nie było w nich nadzwyczajnego,
Gdyby nie mieszkali w biało-czarnych domach,
Nie spożywali biało-czarnego chleba,
Nie nosili biało-czarnych ubrań,
Nie jeździli biało-czarnymi samochodami
Przez biało-czarne ulice,
Nie słuchali biało-czarnej muzyki,
Nie oglądali biało-czarnego kina,
Nie mówili w biało-czarnym języku,
I nie mieli biało-czarnych snów
O czarno-białym kwiecie.

czwartek, 22 lutego 2018

Marsz (przed)śmiertny

Wśród budynków, gwaru ulic, w mroku idąc niczym plaga cieni, wyłaniają się z Chaosu... Potomkowie Gaji... Idą przed siebie z martwym wzrokiem wołając jedynie jedno, zwykłe słowo, które przebija jak włócznia, chirurgiczny skalpel- "Życie"... Depcząc bosymi, nienarodzonymi stopkami krwawe, kamienne ulice, krzyczą z pełni sił "NIE"... Dźwięk ten echo sprytnie zamienia na "chcemy", przykuwając ich do łoża niczym Prometeusza do skarpy i nie pozwalając wydłubać sępowi dopiero co bijącego serduszka... Płonąc jak ognik świecy... Niosą ciszę, i puste, czarne ulice...

wtorek, 20 lutego 2018

Odbicie

Co pokazywałoby moje lustro, gdyby istniało?
Byłoby puste, poprzeplatane jedynie pyłkami i niekształtnymi marami w ciemnych barwach.
Byłoby zarośnięte łańcuchami, przykute samo do siebie, bez możliwości ucieczki.
Klucz posiada jego własne, mętne odbicie... Iluzja postaci, szkic osoby, przezroczysty schemat pokryty niezdarnie czarnymi, odległymi od siebie kreskami, które były swego rodzaju blizną od grafitu zmarłego dawno ołówka, niezrozumianego ptaka z podciętymi skrzydłami.
Gdzie nie gdzie, to w rogu, to w oddali, widać by było ciemne, blade ogniki krążące wciąż wokół własnej orbity, nigdy z niej nie wychodząc... kąpiąc się we własnych prawie nie istniejących westchnieniach.
Czas jakby mniej ranił odbicie, które i tak było już nikłe... niewidoczne... nieobecne...
Lustro byłoby puste, patrzące nieprzytomnie w dal, w przestrzeń przed nim, której nigdy nie zobaczy...

czwartek, 14 września 2017

Rozkwit

Młoda, ledwo zazieleniona trawa
Swymi malusieńkimi ździebełkami,
Które wręcz rwą się do życia,
Tańczy na delikatnym,
Lecz nieco złośliwym wietrze
Powoli spychając na ziemię
Malutkie słoneczka mieszkające w kroplach rosy.
Wygodnie, przytulnie, nikomu nie wadząc.
Wiatr porywa je w nieboskie tango
Zawracając każdą z nich na kolejne liście
Niczego niespodziewających się roślin.
Co na to słońce?
Cóż, uśmiecha się szeroko,
Lecz łagodnie i z miłością
Czule gładząc swoimi ciepłymi, przyjemnymi promieniami
Każde swoje dziecię budząc je powoli do życia.
Dba o każdy ich nowy pączek,
Aby rozkwitł w milionach przecudownych kolorów
Zachwycając przy tym każde maciupinkie serduszko
Bijące gdzieś pomiędzy poszczególnymi zielonnikami.
Wtem taniec traw stał sie nieco bardziej energiczny
Przeradzając delikatność ich ruchów w lekki chaos.
Złośliwiec powoli przybierał na sile
Goniąc chmury, które z czasem zaczęły przysłaniać ich złotowłosą matkę.
Wiatr co chwila grał coraz to insze melodie
Nakłaniając tym chmury do zabawy
Całkowicie chowając jakiekolwiek światło.
Ciemność...
Łagodny śpiew wiatru, spośród którego można było usłyszeć
Ciche głosiki poszczególnych kropelek wody.
Jeden po drugim, mnożąc się z każdą sekundą
Rozpoczynając najpiękniejszą arię jaką widział świat,
Mimo iż bardziej przypominało to danse macabre...
Błysk...
Huk...
W jednej chwili białe światło rozświetliło niebo,
By chwile później na nowo pokryć je mrokiem...
Grzmot...
Blask...
Trzask...
Spróchniałe drzewo padło na ziemię bezsilnie...
Cisza...
Dwanaście stuknięć wybija godzinę zero...
Mrok...
Chłód...
Cisza...
Strach...
Samotność...
Światło zanika...
Zamyka się...
Tak, jak zamykają sie oczy...
Stuk, puk... Stuk, puk... Stuk...
Zegar zabił ostatni raz...

niedziela, 20 września 2015

Płacz więźnia duszy

Może nie jest to ambitne, ale to tak na jakby zachętę ;) Postaram się wrzucić coś bardziej ambitnego... Może chcecie bajkę? ^^

Miłego czytania! ^^

***

Człowiek z uśmiechem na twarzy,
W głębi duszy ze sobą się parzy,
Ze swoim własnym potworem,
Cieniem, zmorą, koszmarem...
Ubiera maski niczym w teatrze greckim,
Dziś postać tragiczna,
Jutro zaś tragiczno- komiczna.
Więzi wciąż w sobie prawdziwego siebie,
Zakuty w kajdany swej duszy żałosnej...
Wyrywa się krzycząc w nieba stronę:
"Stworzyłem swoje piekło,
Wielkie i okropne...
Dostałem własne niebo,
Ogromne i przepiękne...
Mam swój wielki Mały Świat,
W którym władcą jestem ja...
Dlaczegoż krwawię,
Mając pragnienia me wszystkie...?"

Krwawi, umiera, gubi się w myślach własnych,
Pochłania go bagno spraw i problemów,
Dusi się powietrzem codzienności...
Tonie On we własnych rozmysłach,
Pochłania go ciemność jego myśli...
Sponiewierają go łańcuchy życia,
Ciągnąc do ziemi,
Wzywając do płaczu...
Nie ma on pociechy,
Nie ma on ucieczki,
Nie ma on radości ani szczęścia,
Został sam smutek, rozpacz i samotność...

piątek, 18 września 2015

Przeprosiny

Z GÓRY BARDZO PRZEPRASZAM!

Za brak nowych opowiadań...

I wierszy...

Ale niedługo postaram się COŚ napisać! :)

Bądźcie cierpliwi :p


niedziela, 12 lipca 2015

Piosenka udręczonej duszy

Pośród ciemnego lasu w starej drewnianej chatce,
Żyła dziewczynka, która była w pełni oddana matce.
Lecz pewnego dnia zachorowała okropnie matka,
W leki uboga była już chatka.
Dziewczynka dla matki poświęcić się jest gotowa,
Słyszała, że w mieście o cudownym leku jest mowa.
Pobiegła w jego stronę tak szybko jak może,
Ten lek na pewno matce pomoże.
Biegnie w mgle wśród strasznych drzew,
Słyszy jak szepcze coś niby niewinny krzew.
Wszystkie stworzenia spowija mrok,
Lecz naszą dziewczynkę światło rozświetla co krok.
Cienie zaczynają szeptać,
Powoli w kierunku dziewczynki dreptać,
Aż w końcu w bieg się zrywają,
Jej światło zgasić- zadanie takie mają.
Dziewczynka ucieka, krzyczy, o pomoc prosi...
Mgła czarna coraz bardziej się unosi...
Spowija oczy dziewczynce, która się przewraca
O korzeń drzewa wrednego. Nadziei nie zatraca,
Biegnie przed siebie z łzami na twarzy.
Uratować matke- o tym tylko marzy.
Cała poraniona, zmęczona i śpiąca,
Ból i słabość w środku kryjąca,
Martwym krokiem zaczyna podążać.
Cienie zaczynają ją okrążać,
Tańczyć, skakać, cieszyć się z jej bólu, marzeń wspaniałych,
Wyśmiewają ją z racji powodzenia szans małych.
Dziewczynka upada pod naporem cieni,
Jej światło ledwo co się mieni,
Wstać próbuje resztką sił swoich... Podnosi oczy...
Deszcz zimny jej ciało moczy...
Trzęsię się z zimna i strachu dziewczynka mała,
A tylko matce pomoc chciała.
W końcu upada całkowicie, przewraca na plecy,
Cienie zaczepiają ją i ranią dla hecy.
Dziewczynka swe zakrwawione oczka zamyka,
Widzi już tylko kontur światła promyka.
Mgła ją pochłania, by do cieni dołączyła,
Swego bólu już więcej nie kryła.
W końcu umiera w cierpieniu...
Podobnie jak matka w swej chatki cieniu...

Czy tyle złego doświadczyć potrzeba,
By po śmierci zakosztować nieba...?

środa, 24 czerwca 2015

Kroniki Śmierci: Pamiętnik Smętnego Kosiarza cz. 5

Bezdusznie witam! Jakże dawno nie było Kronik Śmierci, więc dzisiaj trochę dłuższa i mam nadzieje ciekawa część opowiadań ;)

Dziękuję Wam za te ponad 1000 wyświetleń!

Miłego czytania! ;)


***

Rozdział IV
"Starość czernią kruków"
           
            Nie zdążyłem odsunąć się od Kronik, a usłyszałem trzepot skrzydeł tuż za swoimi plecami. Nagłym ruchem obróciłem się w stronę dobiegających dźwięków. Wstałem i zacząłem się rozglądać w każdym kierunku. Uniosłem swoją głowę do góry i ujrzałem stado kruków krążących nade mną tworzących "Wir Śmierci". Śmierci już się nie bałem, więc czekałem ze spokojem w duszy na kolejny ruch ptaków. Zaczęły one krążyć coraz to szybciej, aż w końcu... zapadły egipskie ciemności... Świeca zgasła od podmuchu wiatru wytworzonego przez kruki. Nie widziałem nawet konturów żadnego przedmiotu. Co ciekawsze- trzepot skrzydeł ucichł. Stałem w niepewności w bezruchu, czekając na to, co się wydarzy. Nie bałem się, bo w końcu byłem żywym trupem- nic nie może mi się stać, lecz czułem jakby czyjąś obecność. Wtem wąski strumień światła z niewiadomego źródła zaczął oświetlać moją osobę.
- Lethalu- zwołało jakby chórem kilka głosów dobiegających z każdej strony. Zdębiałem. Nie wiedziałem co robić. Zastanawiałem się, kto to mówi. Poza mną i kruków nie było tutaj nikogo, żadnej żywej istoty.
- Lethalu! Następco Strażników Śmierci- kolejny raz zawołały głosy. W tym momencie strumień światła zaczął rozszerzać się i oświetlał już całą moją postać oraz niedaleki obszar wokół mnie. Dostrzegłem kilka konturów postaci tworzących krąg wokół mnie. Istoty te były zakapturzone, nosiły szary długi i poszarpany płaszcz, który zakrywał każdą część ciała. Cień kaptura zasłaniał twarz, przez co nie można było ich rozpoznać. Postacie te miały pochylone głowy oraz ręce złożone w charakterystyczny dla mnichów sposób.
- Kim jesteście- wykrzyknąłem, gdy w końcu zebrałem odwagę by zadać im pytanie.
- Jesteśmy twoimi przewodnikami, którzy zbuntowali się "Jemu"- mówiły dalej niesamowicie mistycznym głosem istoty.
- Zbuntowaliście się? Komu? Jaki "On"- zacząłem pytać zdziwiony i zdezorientowany.
- "On" odebrał nam naszą moc- mówiły dalej niewzruszone postacie.
- Jak się tu znaleźliście tak szybko? Przecież...
- Jesteśmy wygnańcami, którzy przemierzają zaświaty w postaci kruków- przerwały mi postacie dalej mówiąc monotonnym wolnym głosem- Przylecieliśmy tutaj, by Cię ostrzec, Strażniku!
- Ostrzec? Przed czym?
- Jesteś w niebezpieczeństwie, Lethalu- ciągnęły istoty.
- Skąd znacie moje nowe imię? Przecież dopiero co wpisałem je do Kronik...
- Grozi Ci niebezpieczeństwo! "On" po Ciebie przyjdzie- głosy powoli zaczęły cichnąć, a postacie znikać.
- Jakie niebezpieczeństwo? Jaki "On"- zacząłem krzyczeć z zaniepokojeniem w głosie.
- Bądź ostrożny! On będzie chciał Tobą zawładnąć. Uniknij naszego losu. Unikaj losu, Lethalu, unikaj losu- mówiły nadal spokojnym głosem postacie, cały czas ignorując mnie.
- Kim jest ten "On"? O kim mówicie?!
- Tylko Ty możesz na nowo przywrócić stary porządek. On się Ciebie boi. W Tobie nasza jedyna nadzieja, Lethalu- głosy mówiły już bardzo cicho, aż w końcu ucichły, a wraz z nimi zniknęły postacie.
            Skąd znali moje imię? Przed jakim niebezpieczeństwem mnie ostrzegali? Kim jest ten wielki "On" i czemu akurat mnie pragnie? Czemu akurat ja mam przywrócić ten "nowy porządek"? Czym on właściwie jest? Na czym polega? Tak wiele pytań, na które nie znałem odpowiedzi nasunęło wtedy mi się na myśl. W tak krótkim czasie zbyt wiele się działo. Ale to nie był koniec... Świeca zapaliła się na nowo, a przy niej stały ogromny kruk z blizną wzdłuż krwiście czerwonego oka. Chwilę popatrzył na mnie swymi ogromnymi ślepiami, po czym wzbił się w powietrze, tak głośno kraknął jakby chciał powiedzieć "Chodź" i... wleciał prosto w lustro... Zniknął...

Rozdział V
"Śladem czarnego towarzysza"

            Lustro teraz stanowiło jakby rolę portalu, lecz dalej było widać w nim obraz, ale miejsca, w które Cię przeniesie. Kruk już czekał na mnie po drugiej stronie. Latał w miejscu, czekając aż przejdę przez lustro. On jest krukiem, więc potrafi latać, ale ja jestem tylko pozostałością człowieka... Pomyślałem, że nic nie może mi się stać, bo w końcu jestem martwy, więc wbiegłem w lustro... i stałem się krukiem! Krukiem na Ziemii! Wyszedłem z tego dziwnego pomieszczenia, innego wymiaru i znów jestem u siebie! Szczęście wręcz ze mnie wylatywało! Jasnoniebieskie niebo, białe jak śnieg i puszyste jak owca chmury. Znów oddychałem tym samym powietrzem co inni. Na nowo podziwiałem krajobrazy w najbliższym otoczeniu. Rozległe leśne polany pokryte różnorakimi i różnokolorowymi kwiatami i rozłożystymi krzewami, pod którymi odpoczywały sarny, zające i lisy. Zaraz obok szły polne dróżki prowadzące do pól uprawnych pełnych złocistej pszenicy bądź do wiejskich drewnianych, rzadziej ceglanych domków ze stodołami pełnymi bydła i koni. Dalej biegły już drogi gminne i powiatowe, które prowadziły do głównych autostrad kraju. Szumiące drzewa i ten przepiękny dźwięk spadających kropel deszczu na ziemię. Wcześniej nienawidziłem deszczu, ale teraz cieszyłem się z niego jak malutkie dziecko.
            Leciałem dalej za swym towarzyszem, który doprowadził mnie do małej starej, rozwalonej drewnianej chatki porośniętej lekko mchem z każdej strony. Z domku tego biło lekkie światło jakby ogniska. Kruk usiadł na ściętym drewnianym pieńku niedaleko pękniętego okna domu i czekał aż usiądę koło niego. Gdy już to zrobiłem, spojrzał w głąb chatki, jakby czemuś się przypatrywał i przemówił ludzkim głosem nie otwierając dzioba:
- Widzisz tą starszą kobietę przy ledwie palącym się kominku? To Sara Lauren. Osiemdziesięciosześcioletnia wdowa, o której zapomnieli wszyscy, nawet jedyny syn Tuomas. Jej imię zapisane jest na liście od Losu. Wiesz chyba co masz zrobić- dokończył, po czym wleciał do domku przez lekko uchylone drzwi z zepsutym zamknięciem. Chciałem polecieć za nim, ale... znów byłem "tym czymś", kościaną kreaturą w czarnym płaszczu. "Staruszka tak się mnie przestraszy, że umrze na zawał"- pomyślałem, więc wszedłem po cichu do chatki. Tak jak widać było z zewnątrz, domek był ubogi i posiadał tylko jeden pokoik, w którym mieściło się wszystko, począwszy od sypialni skończywszy na kuchni, lecz niestety nie było widać jakiejkolwiek, choćby polowej łazienki. Po prawej stronie znajdowały się drewniane szafki kuchennne z pourywanymi drzwiczkami, zardzewiała kuchenka gazowa, która wyglądała na nieużywaną od lat i zepsuta szafa, z której wylatywało parę ubrań i porwany futrzany płaszczyk. Po lewej stronie stało niepościelone łóżko jednoosobowe, które tak naprawdę było stertą dębowych desek przykrytych poduszką i porwaną kołdrą. Obok niego stał niewielki stolik wykonany z drewna sosnowego, na którym stała niewielka miseczka z zimną już zupą. No środku leżała niedźwiedzia skóra, na której stał zniszczony fotel, w którym siedziała w tej chwili staruszka. Naprzeciw niej znajdował się ceglany kominek, w którym ledwie paliła się sterta gałęzi z pobliskiego lasu. Na tym kominku usiadł właśnie kruk. W całym domku wisiały liczne obrazy Maryi i Jezusa, a nad łóżkiem ledwo trzymał się bukowy krzyż.
            Przez chwilę obserwowałem staruszkę w ciszy. Była do mnie odwrócona plecami, lecz widać było skrawek porwanego koca, którym była przykryta, a z prawej ręki wisiał jej fragment drewnianego różańca. Co jakiś czas, oprócz dźwięku spalania gałęzi w kominku, słychać było ciche lecz wyraźne słowa modlitwy z charakterystyczną przerwą na głęboki, ciężki oddech.
- Skoro już wszedłeś i nie zabrałeś mnie od razu ze sobą to rozgość się- powiedziała drgającym słabym babcinym głosikiem- Czuj się jak u siebie w domu... Myślałam że już nawet Ty o mnie zapomniałeś... Dawno nikt mnie nie odwiedzał- staruszka zrobiła lekką przerwę, aby wytrzeć w koc łzawiące oczy, po czym po chwili wstała ze swojego fotela i spytała- Może napijesz się czegoś?
            Chciałem odpowiedzieć, ale nie mogłem. coś mi nie pozwalało. Jakby jakaś wewnętrzna bariera. Jedyne, co mogłem zrobić, to przejść bliżej w stronę łóżka, żeby lepiej widzieć starowinkę.
- Wybacz- powiedziała z lekkim uśmiechem podchodząc do jednej z szafek kuchennych wyraźnie szukając czegoś wzrokiem- Zapomniałam, że skończyła mi się herbata- rzekła i znów przykrywając się kocem, rozsiadła się wygodnie w fotelu.
- Powiedz mi coś jeszcze przed śmiercią... Jak tam jest? Ciepło? Miło? Przytulnie? Jest z kim porozmawiać- kobiecie brakowało kogokolwiek do towarzystwa, co było widać od pierwszego spojrzenia na nią i jej zagubienie. Chciałem uspokoić staruszkę, lecz nie mogłem wykrztusić ani słowa. Wpatrywałem się w jej starcze zmartwione brązowe oczy i zmarszczoną bladą twarz pokrytą licznymi i różnorakimi bliznami. Staruszka ta na pewno przeżyła wiele, a mimo to w obliczu śmierci nadal pozostaje sobą i... uśmiecha się.
            Wtem kruk odezwał się jakby chciał mnie pospieszyć.
- To twój przyjaciel? Milutki ptaszek- powiedziała z jeszcze większym szczęściem patrząc na kruka. Cieszyła się niezmiernie, że w końcu ma gości. Kruk odezwał się po raz drugi, a ja nadal tkwiłem w bezruchu przyglądając się kobiecie.
- Rozumiem- wyszeptała wręcz smutnym głosem starowinka, po czym wstała i chwiejnym, babcinym krokiem podeszła do łóżka i położyła się w nim.
- Mogę mieć ostatnią prośbę- wyszeptała z lekką nadzieją, lecz zarazem melancholią w głosie- Gdybyś spotkał mojego ukochanego synusia, Tuomasa... Daj mu to i powiedz, że go kocham- powiedziała resztkami sił starsza kobieta i wyciągnęła w moją stronę rękę z różańcem. Chwyciłem go mocno i schowałem w jedyną  kieszeń mego ogromnego płaszcza. Staruszka momentalnie mocno się uśmiechnęła i zamknęła oczy. Mimo, iż tyle lat była sama i nikt jej odwiedzał ani nie pomagał dalej niezmiernie kocha swojego jedynego syna, który o niej nie pamięta, a Ona nadal jest gotowa oddać za niego swoje życie. Kruk nagle znowu zaczął krakać przerywając ciszę. Usłyszałem w swojej głowie jakby głos:
- Dotknij jej serca...
            Dotknąłem więc swoją kościstą dłonią miejsca, nad którym znajdowało się serce. Momentalnie klatka piersiowa starowinki zatrzymała się, a chwilę potem jej usta same się otworzyły, a nad nimi pojawił się jasnoniebieski płomień.
- Weź go w dłoń- usłyszałem znów głos w swojej głowie, więc szybkim ruchem chwyciłem ognik w rękę, który momentalnie zamienił się w mała szklaną kulkę. W tym samym momencie zawiał zimny mocny wiatr, który zwiał i zgasił ledwo palące się gałęzie w kominku. Włożyłem kulkę wraz z różańcem do tej samej kieszonki.
            Po chwili kruk wyleciał z chatki i usiadł na pieńku za oknem. Przez parę minut patrzyłem na martwą kobietę z niedowierzaniem. Czy naprawdę ja ją zabiłem? Patrzyłem na swoje roztrzęsione ręce i wsłuchiwałęm się w swój niespokojny oddech. Nie mogłem uwierz w to, co się stało.
            Chciałem przestać o tym myśleć, więc wyszedłem z chatki. Szedłem przed siebie i czułem jak staje się coraz mniejszy, aż w końcu znów byłem krukiem. Mój "przyjaciel" odleciał, a ja za nim, lecz cały czas spoglądałem w stronę ubogiego domku. Przecież ta kobieta nie zasłużyła sobie na śmierć. Wydawał się tak miła, kochająca, czuła i gościnna...

 C.D.N....

czwartek, 11 czerwca 2015

Zatracony

"To nie miejsce dla Ciebie,
Nie ma miejsca w niebie,
Nie dla Ciebie przyjemności,
I do radości skłonności!
Jesteś do niczego,
Tylko zginąć kolego!"
Mówił marynarz do siebie,
Przyglądając się najbliższej mewie.
Patrzył dalej w morze,
Ten widok zawsze mu dopomoże.
Wtem wody sie wzbrały,
Fale wielkie szalały,
Ryby wysoko wyskakiwały,
A ptaki chaotycznie latały.
Z morza piany nagle wyszła,
Jakby wprost z raju przyszła,
Kobieta piękna niesamowicie.
Marynarz poczuł serca bicie.
Wstał w jednej chwili zadziwony,
Wpatruje się w postać wystraszony.
"Chodź, marynarzu uroczy!
Gdy morze twoje cialo umoczy,
Będę twoja aż do końca świata!
Nie chcesz? Twoja strata!"
Szepcze piękność w stronę plaży.
To jest to o czym marynarz marzy.
Dziarsko wzdłuż plaży kroczy,
Już mu morze kostki moczy.
"Bliżej, szybciej, dzielnie!"
On niecierpliwi się piekielnie.
W końcu biegnie,
Dalej wierząc w te brednie.
Przy niej już stoi,
Serce mu sie kroi.
Wtem Ona łapie go zuchwale
I wrzuca w morskie fale.
Syreną się okazuje,
Cały czas przeciw niemu knuje.
Ciągnie go głęboko w morze.
Nikt mu już nie pomoże!
Płyną w kolor czarny,
Jego los jest marny.
Ona chce go pocałować
I w śmiertlenej łunie schować,
Teraz widzi ciemność śmierci,
Ale gdzieś się światło ognia kręci.
Za świecą widać mocny cień postaci.
To syrena. Ogień coraz słabiej świeci...
Płomyk już się nie pali...
Kobieta martwym marynarzem się chwali...