niedziela, 26 kwietnia 2015

Czarne wiersze cz.2

Witam wyjątkowo bezdusznie! ;) Natchnięty płytą Tarji Turunen "Colours in The Dark" stwierdziłem iż napiszę wiersz... ale biały... Wiem, nie zbyt ambitne i twórcze, ale zawsze xD Jeśli komuś się coś nie podoba, to nie musi wchodzić na mego bloga xD Pozdrawiam! ^^

Upiornego czytania! ;)

Niestety nie dałem rady ująć wszystkiego, czego chciałem w tym wierszu...

***

"Umarły poeta"

W jałowej ziemi zawsze czeka
Nasiono kwiatu- pięknej rośliny,
Czekając na życiodajny deszcz.
Gdy spadnie w końcu niebiańska woda
Powoli puszcza on łodygę,
By następnie zakwitnąć barwą tysiąca kolorów,
Które oślepiają z daleka swą wspaniałością.

Kwiat nie więdnie, lecz zostaje zdeptany
Przez wędrownego lisa,
Który mimo swego śmiertelnego głodu,
Niszczy kwiat z obawy przed zatruciem
i szukając pożywienia zapomina o nim.

Jestem zagubionym podróżnikiem,
Który błądzi we własnym śnie.
Nie potrafi się z niego wybudzić,
Gdyż jest zbyt piękny i niesamowity...

Ten sen nie należy jedynie do mnie...

Odbywam niesamowitą wędrówkę,
Z dnia na dzień coraz bardziej zatracam się,
Nie chcąc uciekać ze snu,
Który zamienia się w koszmar,
W którym istnieje tylko jeden,
Lecz ogromny upiór, który jest mym władcą.

Tym upiorem nie jestem ja...

Czy na pewno upiór jest upiorem?
Czy na pewno sen jest snem?

Czy na pewno lis jest lisem?
Czy na pewno kwiat jest kwiatem?
Kim jestem? Podróżnikiem we śnie.
Kim jestem? 
Umarłym poetą.

Sen się kończy... Kończę się i ja...
Upiorem jest mój tlen... Kończy się i on...
Kwiat się staje lisem... Boi się...
Pożera mój sen, moje marzenia, moją nadzieję...
Kwiat już nie jest nadzieją...
Jest mą miłością, która nigdy nie wyjdzie
Ze snu, który był realny,
Lecz nie można mi w niego wierzyć,
Lecz nie można mi go pamiętać...

Budzę się...
Kwiat jest przy mnie...
Kwiat nie został zdeptany... Lecz... Więdnie...
Nie chce mojej ręki,
Dającej mu ochronę... Boi się...
Boi się, że gdy zwiędnie, zostanie wyrzucony...

Kwiat ten zawsze będę kochał...
Nawet jeśli zwiędnie, jego tysiące kolorów
Będą krążyć w moim śnie, 
Którego jestem niewolnikiem.
Nie wyrzucę mej rośliny, nawet jeśli
Wiedziałbym, iż nigdy nie będzie 
Tak piękna jak kiedyś...

Kwiat jest mój... Lecz nie opiekun wybiera kwiat,
Lecz kwiat wybiera opiekuna.
On się boi... Woli zostać sam...
Sen się skończył... Był przepiękny...
Kwiat mój odszedł... Lecz zawsze on będzie
W moim śnie, gdzie umarłem...

Sen jest tylko snem...
Nierealnym wybrykiem umysłu...
Po kwiecie został mi tylko jeden płatek...
Ten prawdziwy... Gotowy, by w pełni
Ukazać swoje piękno dla wszystkich...

Powracam do snu, by rozkoszować się mym kwiatem.
Powracam do snu, by poczuć jego woń.
Powracam do snu, by zobaczyć jego płatki,
Które za każdym razem zachwycały mnie
jeszcze bardziej...
Powracam do snu, do mej miłości, do mego kwiatu...
Tylko w śnie... Wybryku wyobraźni...

Jestem marzycielem, wędrowcem.
Jestem poetą, podróżnikiem.Moja podróż dobiegła końca.
W gaju mych marzeń, sen się urwał.

Jestem niewolnikiem, lokajem.
Jestem martwym sługą, naiwnym ogrodnikiem.
Kwiat był piękny i zachęcał samym sobą...
Lecz mnie nie potrzebował...

Śnić i marzyć...
Boją się tego tylko Ci,
Których przeraża samo życie
I odpowiedzialność za nie.

Sen jest piękniejszy niźli życie.

Kimże jestem tutaj? Człowiekiem.
Kimże jestem w śnie? Ofiarą.
Kimże jestem dzisiaj? Marzycielem.
Kimże byłem wczoraj? Wszystkim.


Czymże jest kwiat tutaj? Wszystkim.
Czymże jest kwiat w śnie? Wszystkim.
Czymże jest kwiat teraz? Wszystkim.
Czymże był kwiat kiedyś? Wszystkim.

Czymże był kwiat?
Miłością, sensem i tlenem.
Pięknem, szczęściem i mądrością.
Tęczą, wodospadem i zachodem słońca.

Czymże jest kwiat?
Wszystkim, czego pragnę...



poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Czarne wiersze cz. 1


Bezdusznie witam! Oto kolejna część czarnej liryki! Wiem, że nikt nie czekał, ale i tak to wstawię! XD
Miłego czytania!

***


"Otchłań"

Czymże jest bezdusznika serce?
Kruchym kamieniem...
Czymże jest ono przy jego męce?
Życia tchnieniem...

Ileż udręk on przeżywa, 
By Panią swą ujrzeć?
Ile bólu z dnia na dzień ukrywa?
Czyż można jego uczucia przejrzeć?

Kochać potrafi, a niby serca nie posiada.
Pani swej śmierci i życia
Wręcz miliony komplementow składa, 
Wyznaje jej miłość bez ukrycia. 

Ona go odrzuca, nie rozumie wcale,
On się stara ogromnie,
Ona zrywa kontakt bez żadnego "ale", 
Odchodzi w dumie, lecz skromnie...

On zostaje wierny sam sobie,
Pożera go jego otchłań wewnętrzna,
Gnije i umiera w chorobie,
To jego miłość niewdzięczna!

Kiedyś na nią patrzył,
Widział piękną łąkę w kwiatach.
Tylko o niej wciąż marzył!

Teraz rany zadane w batach,
Ból i cierpienie nierozłączne siedzą,
On dalej coś czuje,
Serce i rozumie wciąż coś bredzą,
Lecz Ona swymi widłami wciąż kłuje.

Głupiec, chłopiec biedny, skazaniec,
Chciał by było pięknie.
Był wspaniały, zakochaniec.
Z dnia na dzień jego serce mięknie.

Hades już tylko wyczekuje,
Podpuszcza i piecze.
Wizerunek jego kreuje, 
Krzyżuje na niego swoje miecze.

Wyrok już zapadł. 
Miłość na wieczność.
Chłopiec juz upadł.
Śmierć. Ostateczność.








sobota, 7 marca 2015

Kroniki Śmierci: Pamiętnik Smętnego Kosiarza cz. 4

Jak zwykle po dłuuuuuuuuugiej przerwie wracam z niezadowalającym opowiadaniem... Niestety tym razem niezwykle nudna część Kronik...

Miłego czytania ;)

***

"I Człowiek wybrany na Strażnika Śmierci nie może się zrzec bycia nim, ani nie ma prawa przekazać nikomu swojej "posady".
II Strażnik Śmierci w pełni dysponuje życiem człowieka. Każdego może zabić dowolnym rodzajem zgonu.
III Strażnicy są niewidzialni dla zwykłych śmiertelników. Człowiek widzi Śmierć dopiero godzinę przed swoja zgonem.
IV Strażnik Śmierci potrafi zejść widoczny do świata żywych w postaci kruka w każdej chwili.
V W przeddzień pełni księżyca Strażnik Śmierci może zejść do świata żywych w ludzkiej postaci i może tam pozostać aż do końca pełni. Jest wtedy widzialny dla smiertlenikow. 
VI Strażnicy Śmierci mogą obserwować świat żywych ze świata umarłych poprzez Przeklęte Zwierciadło.
VII Strażnik Śmierci może zamknąć część swojej mocy w przeróżnych przedmiotach i zrzucić je na Ziemię. Człowiek, który dotknie owego Talizmanu Śmierci widzi Strażników Śmierci i potrafi ich przywołać trzymając Talizman Śmierci i wypowiadając słowo " przybywajcie".
VIII Strażnik przywołany przez człowieka może zdecydować o jego losie. Może go uśmiercić, zostawić przy życiu lub obdarować częścią swojej mocy i uczynić z niego swojego Wysłannika Śmierci.
IX Wyslannik Śmierci w pełni podlega woli i władzy Strażnika.
X Strażnik Śmierci nie może zabić człowieka tylko po to, by kogoś uratować. Jeśli to zrobi Strażnik traci swoją moc i zostaje skazany na wieczne tułaczki swojej duszy po świecie żywych.
XI Strażnik Śmierci jest wybierany z pokolenia na pokolenie. Jeżeli ród Strażników zostanie bez potomka obecny Strażnik wybiera człowieka na swoje miejsce.
XII Każdy Strażnik posiada Zwój Życia i Śmierci, na którym zapisane jest imię, nazwisko, portret i data śmierci naturalnej każdego człowieka.
XIII Strażnik odnajduje człowieka przez dotknięcie palcem imienia człowieka w Zwoju Życia i Śmierci. Wtedy w Przeklętym Zwierciadle pojawia się widok z lotu ptaka, na którym widoczna jest owa osoba. Jeżeli osoba nie jest sama widoczna jest wokół niej czerwona poświata.
XIV Przejściem miedzy światem zmarłych, a światem żywych jest Przeklęte Zwierciadło, które teleportuje do wybranego miejsca. Należy wypowiedzieć nazwę miejsca lub dotknąć imienia człowieka na Zwoju Życia i Śmierci, a w Przeklętym Zwierciadle pojawi się obraz tego miejsca. Wystarczy wejść w Zwierciadło, aby zostać teleportowwnym. Aby wrócić Strażnik musi wejść w jakiekolwiek zwierciadło lub szybę.
XV Strażnik Śmierci musi zabić co najmniej jedna osobę dziennie. W przeciwnym razie Strażnik traci swoją moc i zostaje skazany na wieczne tułaczki swojej duszy po świecie żywych.
XVI Raz w tygodniu Strażnik Śmierci dostaje Listę Dusz od Losu, na której zapisane są imiona, nazwiska i portrety ludzi którzy maja zginąć. Jeżeli ich nie zabije Strażnik traci swą moc, a jego dusza zostaje zniszczona."
      Wszystkie zasady były zapisane normalnym atramentem, lecz ostatnia zasada była zapisana tak czerwonym atramentem, ze wydawało się jakby była to krew. Przez ten krotki czas myślałem, że widziałem juz wszystko, ale jednak się myliłem.


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Lekka zmiana

Po długotrwałych i burzliwych przemyśleniach stwierdziłem, iż urozmaicę trochę mój blog i dodam do niego również elementy... liryki! Sądzę, że będzie to ciekawy dodatek... Przechodząc do sedna sprawy- na tym blogu (oprócz opowiadań rzecz jasna) będę publikował cała swoją twórczość "artystyczną", czyli elegie, fraszki, treny, a czasem pieśni! Oczywiście utwory będą pisane zarówno prozą jak i wierszem! ;)

***

A to na zachętę...

***

"Ciemność własna"


Niczym na pustyni samotnie kwitnący kwiat,
Jak sokół samotnie szybujący wśród chmur,
Niczym zagubione źrebie w gęstym lesie,
Tak Ty stoisz ze swą samotnością pośród tłumu.

Próbujesz jakoś wyjść z łowieckiej pułapki,
Lecz toniesz z każdą sekundą w zabójczych piaskach.
Tkwisz wciąż we własnej ciemności,
Nie mogąc znaleźć ni kropli światła
W swym życiu- w opuszczonym domu.


Wywołujesz na siłę uśmiech na swej twarzy,
Śmiejesz się płacząc gdzieś w głębi.
Zewnętrznie idealny- wewnętrznie potworem.


Z dnia na dzień pochłania Cię ciemność
złości, nienawiści, smutku i rozpaczy.
Z upływem czasu już przestajesz walczyć.
Czekasz cierpliwie, aż Kostuchna* zatańczy z Tobą danse macabre**,
Aby pamięć po Twojej osobie na zawsze zniknęła,
A ciało ziemia w swą głębię wciągnęła...

*Kostuchna- w utworze jako "Śmierć".
**danse macabre- Taniec śmierci (z fr. danse macabre) – alegoryczny taniec, którego przedstawianie rozwinęło się w kulturze późnego średniowiecza (XIV i XV wiek), korowód ludzi wszystkich stanów z kościotrupem na czele, wyrażający równość wszystkich ludzi w obliczu śmierci.


  ***

"Płomyk nadziei"

Czasem pragniesz czegoś mocniej niż wszystkiego innego,
Choć szansa na spełnienie owego marzenia marna,
Ty żmudnie próbujesz wypompowując z siebie resztki sił,
By osiągnąć swój nędzny cel.

Obsesyjnie trudzisz się, by płomyk nadziei wciąż płonął
Jasno i wyraźnie rozświetlając mrok codziennych spraw.
Oddajesz ostatnie poty, by osiągnąć nieosiągalne,
By sprawić sobie 
na ziemi istny raj, istny Eden*.

Mimo bólu i cierpienia towarzyszącemu każdemu twemu krokowi
Brniesz dalej na pierwszy front wojny z samym sobą
Niszcząc swą własną osobę od środka,
Zamykając ubolałą duszę w klatce,
By już nigdy nie przeszkadzała w twym celu,
Który mija się powoli z twymi marzeniami.

Zapomniałeś o tym, co chcesz, a nie masz.
Zatraciłeś się w tym, co masz, a nie chcesz.

Płomyk nadziei przestał się już palić,
Dusza umarła, serce skamieniało, krew zastygła,
By została zimnokrwista, bezduszna istota ludzka,
Przed którym klęka nawet sam Hades**...



*
Eden – biblijny raj.
** Hades- w mitologii greckiej bóg podziemnego świata zmarłych.


sobota, 10 stycznia 2015

Kroniki Śmierci: Pamiętnik Smętnego Kosiarza cz. 3.5

Piekielnie długa przerwa spowodowana jakże wielkim zakłopotaniem, brak czasu, chęci i weny...
Przepraszam wszystkich za tą przerwę i mam zamiar od teraz systematycznie prowadzić blog ;)
Takie postanowienie noworoczne...

To na zachętę dopiska do Kronik Śmierci ;)



***


   W każdym z kolejnych rozdziałów pamiętnik zaczynał się prawie że identycznie. Tak samo rozpoczęła się moja historia z Kroniką Śmierci. To, co się działo, nie było przypadkiem. Wszystkie wydarzenia miały swój pewien schemat. Nic wykraczającego poza "plan" nie miało prawa się wydarzyć. Pozostaje tylko pytanie dlaczego akurat ja? Dlaczego wybrano mnie na Strażnika Śmierci? Czy ktoś mnie wybrał? A może... ten "zaszczyt"... przechodzi z pokolenia na pokolenie? Wiele bym dał, żeby przekonać się, czy mam racje. Nic nie dzieje się bez powodu, a wszystko ma swój niezaburzalny rytm. Jedno wiem na pewno- to, że zostałem Śmiercią nie było przypadkiem... Bynajmniej tak sądzę... Czuje jakby coś dziwnego łączyło mnie z tą księgą. To dziwne uczucie dręczy mnie od momentu dotknięcia księgi.
Świadomość, że nie jestem już człowiekiem, a swego rodzaju liszą... Przypuszczam, że mógłbym żyć... wiecznie... Najgorsze w byciu tym, czym jestem, jest świadomość, że będę musiał zabijać tysięcy a nawet miliony ludzi, którzy nie zasłużyli sobie niczym na koniec swego żywota... Niestety... Zgodnie z tym co było zapisane w Kronikach- od teraz będzie to mój obowiązek... Zostaje pytanie skąd mam wiedzieć kogo zabić? Na kogo właśnie w tej chwili nadszedł czas? Było to dla mnie jedną wielką niewiadomą... Aż do czasu wpisania się do księgi...
Strony Kronik nagle zaczęły same się przewracać z zawrotną prędkością, aż zatrzymały się na ostatniej stronie sąsiadującej z okładką. Na tej kartce zapisane były "Zasady Strażników Śmierci". Było ich aż 16, a każda z tych zasad była napisana alfabetem gockim... Mimo tego bez problemu mogłem rozszyfrować każdą z nich...


 C.D.N....

środa, 9 lipca 2014

Kroniki Śmierci: Pamiętnik Smętnego Kosiarza cz. 3

Po baaaardzo długiej przerwie spowodowanej brakiem "weny" i po prostu lenistwa publikuje 3 część Kronik. Mi osobiście nie podoba się ta część, ale to może kwestia tego, że trochę z nią kombinowałem...
Miłego czytania! ;)

***


            To, co w niej było, zmieniło mój dotychczasowy pogląd na pojęcie, które jest wszystkim bardzo dobrze znane. Słowo, którego większość osób unika jak tylko może. Sama myśl o nim sprawia, że mamy serce w gardle, a krew zastyga nam w żyłach- "Śmierć"... To słowo jest jednym z najstraszniejszych pojęć znanych ludzkości. Na całe szczęście ludzie znają mało naprawdę przerażających słów...
                Księga ta opisywała dzieje "Strażników Śmierci", którzy panowali nad życiem i śmiercią, lecz nie mogli wydawać wyroków na cudze życie. To nie od nich zależało kto ma umrzeć. Dostawali rozkazy od "Losu". Z biegiem czasu przestano używać nazwy "Strażnicy Śmierci" i zastąpiona ją zwykła "Śmiercią". Wraz z latami rosła też własna wola i potęga Śmierci. Z czasem Los nie wydawał już rozkazów Śmierci, a Śmierć zaczęła rozkazywać Losowi. Los słabł w swej sile i potędze. Wiedział, że sam już nigdy nie odzyska władzy nad Śmiercią. Lecz oprócz swojej siły Los posiadał również niezwykły intelekt i wiedzę. Wykorzystał swoje talenty przeciwko Śmierci. Dawni Strażnicy Śmierci byli zachłanni i chciwi, więc Los wykorzystał to, że stracili już swoją posadę. Obiecał im niewyobrażalną moc i nieśmiertelność w zamian za wykonywanie jego rozkazów. Naiwni i żadni władzy dawni Strażnicy zgodzili się na układ i zawarli pakt z Losem. Wielka księga mówi iż "Strażnik Śmierci zostaje nim na zawsze", więc nie stracili Oni mocy... ale byli martwi... Sama dusza nie zrobi nic bez ciała, więc Los wskrzesił ciała Aniołów, którzy zginęli w walce z piekłem i tchnął w nie dusze jego "sług". Ale Los nie miał władzy absolutnej, a Aniołami władał sam Bóg. Więc gdy Bóg zauważył, że Los wskrzesza ciała jego wysłanników nie mógł stać bezczynnie. Rzucił na nich klątwę sprawiając, że ich ciała będą wiecznie gnić z bladą jak śnieg cerą i czarnymi jak smoła podciętymi i postrzępionymi skrzydłami, tak, aby już nigdy nie wzniosły się w niebiosa. Lecz odwieczna walka dobra ze złem nie mogła teraz się skończyć, więc władca piekieł też musiał wtrącić swoje trzy grosze. Lucyfer zmienił ich płeć na żeńską i dał im umiejętność zmieniania wyglądu. W ciemności istoty te wydawały się przepiękne, lecz gdy chociaż jedna wiązka światła dotknęła ich ciała ukazywały swoją prawdziwą, straszną postać. Los był zadowolony ze swoich sług, ale wiedział, że gołymi rękami nie zdołają kontrolować Śmierci. Musiał je uzbroić, dać im odpowiednią broń, która pozwalałaby na władanie Śmiercią. Wtem Los wpadł na genialny pomysł. Serum, które pozwalałoby kontrolować Śmierć jak marionetkę. Los z pomocą Lucyfera stworzył ową truciznę i zatruł sztylety swoich sług. Lecz władca piekieł słynął z tego, że nie robił nic za darmo. W zamian za stworzenie serum, Szatan chciał objąć część władzy nad jego sługami i samą Śmiercią. Los z początku nie chciał zgodzić się na ten układ, lecz po chwili namysłu zgodził się. Los przekazał zatrute sztylety swym sługom, lecz żeby nie wyglądały jak zwykłe noże naznaczył je trupią czaszką na rękojeści. I tak powstały istoty, które mnie tu sprowadziły. A nazwano je "Upadłymi Strażnikami", lecz niektórzy nazywają ich "Upadłymi Aniołami" ze względu na ich wygląd. I tak Śmierć straciła pełnię swojej władzy, a Los wraz z Lucyferem stali się panami życia i śmierci... A ja, wybrany przez Upadłe Anioły, zostałem kolejnym Strażnikiem Śmierci... Bynajmniej tak wynikało z moich domysłów. Jestem tylko ciekaw, co się stało z moim poprzednikiem i kim on był. O tym mówiła dalsza część Wielkiej Księgi. Ten dość duży skrawek, a może nawet i połowa księgi była swego rodzaju pamiętnikiem, w którym poprzedni Strażnicy Śmierci opisywali swój żywot, który często ciągnął się wiekami...
                Każda część pamiętnika była odpowiednio zatytułowana, żeby można było rozróżnić, który ze strażników opisywał swoje dzieje. "Pierwszy Strażnik Śmierci: Czerwone Oko"- Taki tytuł nosił pierwszy skrawek Kronik Śmierci...

Rozdział III"Strażnicy"


                "I tak rozpoczynają się dzieje Śmierci- odwieczna walka dobra ze złem, śmierci z życiem." Oto pierwsze zdanie rozpoczynające Pamiętnik Smętnego Kosiarza.
                "Z początku nie wiedziałem co się dzieje. Od każdej strony otaczała mnie ciemność. W pobliżu nie było widać nawet marnego przebłysku światła. Szedłem powoli przed siebie nie wiedząc co znajduje się w moim pobliżu.  Wtem nagle pośród cmentarnej ciszy wydobył się dźwięk zapalanej zapałki. Odgłos ten rozchodził się zza moich pleców. Słysząc jakikolwiek dźwięk momentalnie zareagowałem i odwróciłem się. Nareszcie zabłysnął we mnie płomyk nadziei… a konkretniej malutkiej świeczki stojącej w oddali na biurku. Z tej radości miałem ochotę pobiec w jej stronę ile sił w nogach, ale… coś mi nie pozwalało. Musiałem zatem zmierzać w tamtą stronę powolnym spokojnym krokiem. Gdy doszedłem do stolika płomień świecy jakby się powiększył. Malutki płomyczek przemienił się w dość duży ognik, który oświetlał teraz cały stolik i przestrzeń wokół niego. Na stole, oprócz świecy leżała niezwykle zdobiona księga. Niestety nie można było jej otworzyć- była zabezpieczona pasem, którego nie dało się zerwać. Łączył on jedną okładkę z drogą od strony kartek tak, żeby uniemożliwić otwarcie książki. Kiedy chciałem spróbować ją otworzyć ujrzałem w końcu swoją rękę. Lekko się przestraszyłem, gdyż zobaczyłem prawie gołe kości. Jedynie gdzie nie gdzie zwisały postrzępione resztki ścięgien i mięśni. Zacząłem z zaciekawieniem oglądać pozostałości po moim ciele. Wtem zauważyłem, że coś niedaleko mnie błysnęło odbijając światło świecy. Wystarczyło tylko podnieść głowę, żeby ujrzeć stojące przede mną ogromne lustro. Było one zdobione na styl gotycki, zresztą tak samo jak biurko i księga. Moje odbicie widniało w zwierciadle. Miałem na sobie czarną, długą i postrzępioną szatę, która zakrywała prawie całe ciało. Spod niej wystawały tylko stopy, dłonie i głowa, a właściwie czaszka. Czaszka bez oczu, a z oczodołów błyskało czerwone światło. O dziwo jedyne co zostało z mego starego ciała to… włosy- długie, proste, czarne włosy. Z przerażeniem zacząłem się cofać, aż potknąłem się… o krzesło. Na szczęście złapałem się biurka dotykając jednocześnie księgi. Usłyszałem tylko cichutki trzask podobny do dźwięku otwierania kłódki. Powoli wstałem i spojrzałem na biurko. Wszystko było na swoim miejscu, ale księga leżała otwarta, a pasek był jakby odpięty od okładki. Nie mając innego zajęcia przeczytałem księgę i dodałem do Niej swój wpis w postaci pamiętnika."



C.D.N....


sobota, 24 maja 2014

Kroniki Śmierci: Pamiętnik Smętnego Kosiarza- cz. 2

~Tak jak zapowiadałem wstawiam II część "Kronik Śmierci: Pamiętnik Smętnego Kosiarza"... Mam nadzieję, że nie zrazi Was składnia i sam mój styl pisania ;)
~ Miłego czytania!

***

          Zebrałem w sobie odwagę i ruszyłem z lekką niepewnością drogą wiodącą przez Trupi Gaj. Nieznośna mgła ograniczała moje pole widzenia do minimum. Nie wiedziałem gdzie dokładnie jestem, ani czy daleko jeszcze zostało do końca. Każdy krok stawiałem powoli i z lekkim strachem. Za każdym razem, kiedy nastąpiłem na gałąź, która pod naporem mojej nogi łamała się, całkowicie dębiałem, a ciarki przelatywały mi od stóp do głowy. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że idę przez ten las już dobre dwie godziny.  Przecież ten zagajnik nie był aż taki duży. Coś tu było nie tak... Nie słyszałem nawet krakania ptaków, które wcześniej mnie śledziły. Było tak cicho, że słyszałem nawet bicie własnego serca. w tym samym momencie na chwilę ustałem i rozejrzałem się wokół. Niewiele mi to dało. Wtem usłyszałem jakieś szepty, lecz nic nie mogłem z nich zrozumieć. Jakby słowa te pochodziły z innego, obcego języka. Ale mowa ta nie przypominała żadnego ludzkiego sposobu porozumiewania się. Od razu przypomniała i się historia z satanistami. Czy to mogła być prawda? W pewnym sensie na pewno... Kompletnie zdrętwiałem, kiedy zobaczyłem przed sobą czerwone, świecące oczy zbliżające się z dużą prędkością. Pomyślałem, czy tak ma się zakończyć moje życie? Na moje marne szczęście nie... Chwile po zauważeniu dziwnych oczu zacząłem się im przyglądać.  Po chwili widziałem już do kogo należą, ponieważ mgła przy oczach jakby powoli znikała... A może raczej do czego należały... Ten kruk mnie naprawdę nastraszył... Przeleciał kilka centymetrów od mojej głowy... Ulżyło mi... Niestety nie na długo... Z chwili na chwilę owe szepty były coraz głośniejsze, lecz dalej nie potrafiłem zrozumieć o czym mówią te głosy. Razem z szeptami rosło też moje przerażenie... Z początku nie widziałem nic, lecz chwile potem zacząłem dostrzegać setki malutkich świecących na czerwono punktów, które zaczęły mnie otaczać.  Z sekundy na sekundę punkty się powiększały, a za razem poruszały się ruchem okrężnym wokół mnie. W pewnym momencie widziałem nawet kontury ciał tych istot. Były człekopodobne, lecz miały cechę, która wyróżniała je od ludzi- skrzydła. Coraz szybciej się zbliżały, lecz dalej krążąc. Kiedy były już wystarczająco blisko jeszcze coś... Stworzenia te były płci żeńskiej. Miały długie czarne włosy i mnóstwo tatuaży na twarzy, a w szczególności koło oczu, które były w pełni koloru białego. Nosiły białe, lecz porwane i brudne szaty, a ich skrzydła były koloru czarnego. Co ciekawe chodziły na boso.  W tym samym czasie nadleciały kruki, które wcześniej mnie śledziły i znów utworzyły wir. Nie miałem dobrych przeczuć, z resztą raczej nikt by się nie cieszył. Wtem kobiety wyciągnęły noże zakończone trupią czaszką i przyśpieszyły swój bieg wokół  mnie coraz to bardziej zbliżając się.  Ptaki tworzące wir widząc, że tajemnicze istoty chwyciły broń, rzuciły się do ataku... na mnie... Setki kruków zaczęły drapać i dziobać moją twarz, a w szczególności powieki i oczy. To był ostatni obraz, jaki zobaczyłem na tym świecie. Ptaki osiągnęły swoje- oślepłem. Mogłem zdawać się teraz tylko na słuch i instynkt. Chwile po tym nareszcie zrozumiałem co tajemnicze postacie mówiły: "Teraz kruki lecą niosąc czerń i na zawsze będą lecieć niosąc czerń". Powtarzały to ciągle, jakby wypowiadały jakieś zaklęcie, lecz za każdym razem z coraz to większym temperamentem. W końcu słyszałem je tak wyraźnie, że wydawało mi się jakby stały tuż obok mnie... Nie myliłem się... Na chwile zapadła cisza, po czym poczułem, tylko jedno, lecz bolesne dźgnięcie w serce... Jak można się domyślić jedna z tych istot użyła swojego noża... Usłyszałem przy tym dziwne słowo, które jakbym już kiedyś usłyszał... Brzmiało tak: "Hashangraniia". Owy stwór strasznie zaakcentował końcówkę i wysyczał przez długi czas literę "s" w tym słowie... Biorąc przykład z jednej istoty, najprawdopodobniej ich przywódcy, reszta wbiła swoje sztylety w moje serce z tym samym okrzykiem... Poczułem dziesiątki ostrzy w mym ciele, które jakby wstrzykiwały jad, który miał na celu nie jak najszybsze uśmiercenie, lecz jak najwolniejsze... CO ciekawe łagodził ból... Już chciałem odepchnąć którąś z tych istot, ale te same odskoczyły wyjmując swe bronie z mego ciała. W tym samym momencie poczułem jakby wraz ze sztyletami wyszła ze mnie dusza... Ból był okropny i nawet to jakby łagodząca trucizna nie pomagała. Czułem się jakby ktoś wyrwał serce i wlał w jego miejsce żrący kwas... Padłem na ziemie ledwo podtrzymując się rękoma... Wiedziałem, że umrę... To była tylko kwesta czasu... Czułem jakby te stwory wysysały ze mnie całą energię życiową... Skóra na całym ciele zaczęła mnie mocno piec, jakby coś ją wyżerało... Serce wbrew pozorom biło coraz szybciej, a oddech wręcz przeciwnie... Zacząłem się strasznie pocić, lecz wciąż czułem zimno... Po chwili moje ciało zaczęło drżeć, a krople mojego potu spadały na ziemie... Jedna z jego kropel spadła mi na język... Nigdy nie smakowałem potu, ale znam smak czego innego... Swojej krwi... Ta kropla smakowała identycznie jak moja krew... Czyżbym pocił się krwią? I owszem... Istoty widziały, że ich trucizna działa, więc zakrzyknęły znów tym dziwnym słowem... "Hashangraniia"... Co Ono mogło oznaczać? Nie mam pojęcia... Nie miałem nawet chęci dowiedzieć się tego w tym momencie... Nagle urwał mi się film... Umarłem... Bynajmniej tak na początku myślałem...


Rozdział II
"Początki"

                Nie była to do końca prawda. Rzeczywiście umarłem, ale dalej żyłem... Lecz już nie na tym świecie... Byłem w świecie zmarłych, w mitologicznym Hadesie... Z każdej strony otaczała mnie ciemność. Rozglądałem się w koło szukając jakiegoś malutkiego jasnego punktu. Zszokowany tym, że żyje zapomniałem o wydrapanych oczach. Kiedyś musiał nastąpić czas, w którym przypomnę sobie, że nie mam już oczu. I teraz nadszedł ten czas... Momentalnie przestałem szukać chociażby małego płomyczka. Niestety wraz z zapałem do szukania zniknęła i moja nadzieja. Jak ślepy może coś zobaczyć? A tym bardziej mały prawie niedostrzegalny... Płomyczek świecy... Moje zdziwienie było równie mocne jak przerażenie... "Ja widzę! Tylko jakim cudem? Może tylko mi się wydawało... Nie, to nie możliwe!" Ze szczęścia chciałem biec w kierunku światła, lecz coś mi nie pozwalało. Mogłem poruszać się tylko wolnym, spokojnym krokiem. W mojej sytuacji dobre było i to. Z każdą sekundą byłem coraz bliżej płomyka... Z każdą sekundą płomień ten coraz bardziej rozświetlał otoczenie. Dostrzegłem już biurko, na którym stała świeca. Na owym meblu leżała też pewna książka... Książka tak niezwykle zdobiona, że wydawała się być księgą niebiańską zrobioną przez Anioły... Jednak bił od niej chłód. Chłód śmierci, nienawiści i złości. Jakby całe zło naszego świata zostało zamknięte w tej jednej książce... Książce bez tytułu... Księga ta była zabezpieczona pasem, który ciągnął się od tylnej okładki aż po ogromny fioletowy klejnot na przodzie. Pas ten nie miał nigdzie zapięcia. Jakby nikt nie miał zobaczyć zawartości owej książki... Im bardziej zbliżałem się do biurka, tym bardziej zmieniało ono kolor  na coraz ciemniejszy, aż w końcu przybrało barwę... spalonego drewna... Gdy mogłem już sięgnąć po księgę, wyciągnąłem swoją rękę by ją dotknąć... i w pewnej chwili zatrzymałem się. Przestraszyłem się swojej własnej dłoni. Byłoby to dziwne gdyby wyglądała całkiem normalnie, ale tak nie było. Widzieliście kiedyś rozkładające się ciało? W zaawansowanym stadium często pozostają już tylko kości, a nieraz i pozostałości tkanki miękkiej, które ledwo co trzymają się szkieletu. Postrzępione resztki mięśni zwisają na nikłych już niteczkach ścięgien... Identycznie wyglądała moja ręka... Nie obrzydza mnie sam widok rozkładającego się ciała, lecz wiedza i myśl, że to jest moja ręka przerastała mnie. Nikt chyba nie chciałby zobaczyć swojego martwego ciała. Zresztą mało kto ma do tego okazję... Ze strachu moje ciało zesztywniało i opadło wprost na... krzesło. Do teraz nie wiem skąd się ono tam wzięło... Ale w tej sytuacji było to mało ważne... "Być żywym trupem... To niesamowite, a za razem przerażające..." Odwróciłem głowę w prawą stronę i zobaczyłem wielkie zdobione lustro. A w nim swoje odbicie... Serce, które pewnie wyglądało teraz jak po wybuchu bomby, biorąc pod uwagę, że jeszcze było, momentalnie stanęło... z przerażenia. Wstałem z krzesła i powoli podchodziłem do zwierciadła przypatrując się swojemu odbiciu. Dalej nie mogłem uwierzyć, że teraz wyglądam tak a nie inaczej. Przypatrywałem się swojej marnej posturze i ciału. Byłem ubrany w poszarpany, podarty i stary, czarny, długi płaszcz, który sięgał podłogi. Miał długie rękawy, które zachodziły mi aż do dłoni, a zakończone były dwoma trójkątnymi ząbkami- z przodu i z tyłu. Szata ta posiadała również dość rozłożysty kaptur, który można by było zakryć jeszcze ze dwie głowy. Cały płaszcz był przepasany w tułowiu dość grubym potarganym czarnym sznurem. Na szyi wisiał naszyjnik z metalowym krzyżem, a na jego środku widniał czerwony niczym krew rubin... Widać mi było calutką czaszkę, ale co ciekawe bez oczu- a jednak widziałem. Wystawiłem rękę by dotknąć lustra. Chciałem sprawdzić czy lustro nie kłamie... Czy to naprawdę ja... Ale gdy dotknąłem palcem lustra... Pękło od miejscu zetknięcia mojej ręki z powierzchnią zwierciadła aż do jego obramowania. Wystraszony odskoczyłem upadając na krzesło, a lewą ręką dotknąłem klejnotu księgi... I wtedy owy pasek blokujący księgę otworzył się przy fioletowym kamieniu i udostępnił mi jej strony.  Usiadłem więc wygodnie na krześle i zacząłem lekturę...
c.d.n.