wtorek, 6 marca 2018

Biało-czarny

Dawno, dawno temu,
Za biało-czarnymi górami,
Za biało-czarnymi lasami,
Wiedli całkiem zwyczajne,
Biało-czarne życie
Biało-czarni ludzie.
I nic by nie było w nich nadzwyczajnego,
Gdyby nie mieszkali w biało-czarnych domach,
Nie spożywali biało-czarnego chleba,
Nie nosili biało-czarnych ubrań,
Nie jeździli biało-czarnymi samochodami
Przez biało-czarne ulice,
Nie słuchali biało-czarnej muzyki,
Nie oglądali biało-czarnego kina,
Nie mówili w biało-czarnym języku,
I nie mieli biało-czarnych snów
O czarno-białym kwiecie.

czwartek, 22 lutego 2018

Marsz (przed)śmiertny

Wśród budynków, gwaru ulic, w mroku idąc niczym plaga cieni, wyłaniają się z Chaosu... Potomkowie Gaji... Idą przed siebie z martwym wzrokiem wołając jedynie jedno, zwykłe słowo, które przebija jak włócznia, chirurgiczny skalpel- "Życie"... Depcząc bosymi, nienarodzonymi stopkami krwawe, kamienne ulice, krzyczą z pełni sił "NIE"... Dźwięk ten echo sprytnie zamienia na "chcemy", przykuwając ich do łoża niczym Prometeusza do skarpy i nie pozwalając wydłubać sępowi dopiero co bijącego serduszka... Płonąc jak ognik świecy... Niosą ciszę, i puste, czarne ulice...

wtorek, 20 lutego 2018

Odbicie

Co pokazywałoby moje lustro, gdyby istniało?
Byłoby puste, poprzeplatane jedynie pyłkami i niekształtnymi marami w ciemnych barwach.
Byłoby zarośnięte łańcuchami, przykute samo do siebie, bez możliwości ucieczki.
Klucz posiada jego własne, mętne odbicie... Iluzja postaci, szkic osoby, przezroczysty schemat pokryty niezdarnie czarnymi, odległymi od siebie kreskami, które były swego rodzaju blizną od grafitu zmarłego dawno ołówka, niezrozumianego ptaka z podciętymi skrzydłami.
Gdzie nie gdzie, to w rogu, to w oddali, widać by było ciemne, blade ogniki krążące wciąż wokół własnej orbity, nigdy z niej nie wychodząc... kąpiąc się we własnych prawie nie istniejących westchnieniach.
Czas jakby mniej ranił odbicie, które i tak było już nikłe... niewidoczne... nieobecne...
Lustro byłoby puste, patrzące nieprzytomnie w dal, w przestrzeń przed nim, której nigdy nie zobaczy...

czwartek, 14 września 2017

Rozkwit

Młoda, ledwo zazieleniona trawa
Swymi malusieńkimi ździebełkami,
Które wręcz rwą się do życia,
Tańczy na delikatnym,
Lecz nieco złośliwym wietrze
Powoli spychając na ziemię
Malutkie słoneczka mieszkające w kroplach rosy.
Wygodnie, przytulnie, nikomu nie wadząc.
Wiatr porywa je w nieboskie tango
Zawracając każdą z nich na kolejne liście
Niczego niespodziewających się roślin.
Co na to słońce?
Cóż, uśmiecha się szeroko,
Lecz łagodnie i z miłością
Czule gładząc swoimi ciepłymi, przyjemnymi promieniami
Każde swoje dziecię budząc je powoli do życia.
Dba o każdy ich nowy pączek,
Aby rozkwitł w milionach przecudownych kolorów
Zachwycając przy tym każde maciupinkie serduszko
Bijące gdzieś pomiędzy poszczególnymi zielonnikami.
Wtem taniec traw stał sie nieco bardziej energiczny
Przeradzając delikatność ich ruchów w lekki chaos.
Złośliwiec powoli przybierał na sile
Goniąc chmury, które z czasem zaczęły przysłaniać ich złotowłosą matkę.
Wiatr co chwila grał coraz to insze melodie
Nakłaniając tym chmury do zabawy
Całkowicie chowając jakiekolwiek światło.
Ciemność...
Łagodny śpiew wiatru, spośród którego można było usłyszeć
Ciche głosiki poszczególnych kropelek wody.
Jeden po drugim, mnożąc się z każdą sekundą
Rozpoczynając najpiękniejszą arię jaką widział świat,
Mimo iż bardziej przypominało to danse macabre...
Błysk...
Huk...
W jednej chwili białe światło rozświetliło niebo,
By chwile później na nowo pokryć je mrokiem...
Grzmot...
Blask...
Trzask...
Spróchniałe drzewo padło na ziemię bezsilnie...
Cisza...
Dwanaście stuknięć wybija godzinę zero...
Mrok...
Chłód...
Cisza...
Strach...
Samotność...
Światło zanika...
Zamyka się...
Tak, jak zamykają sie oczy...
Stuk, puk... Stuk, puk... Stuk...
Zegar zabił ostatni raz...

niedziela, 20 września 2015

Płacz więźnia duszy

Może nie jest to ambitne, ale to tak na jakby zachętę ;) Postaram się wrzucić coś bardziej ambitnego... Może chcecie bajkę? ^^

Miłego czytania! ^^

***

Człowiek z uśmiechem na twarzy,
W głębi duszy ze sobą się parzy,
Ze swoim własnym potworem,
Cieniem, zmorą, koszmarem...
Ubiera maski niczym w teatrze greckim,
Dziś postać tragiczna,
Jutro zaś tragiczno- komiczna.
Więzi wciąż w sobie prawdziwego siebie,
Zakuty w kajdany swej duszy żałosnej...
Wyrywa się krzycząc w nieba stronę:
"Stworzyłem swoje piekło,
Wielkie i okropne...
Dostałem własne niebo,
Ogromne i przepiękne...
Mam swój wielki Mały Świat,
W którym władcą jestem ja...
Dlaczegoż krwawię,
Mając pragnienia me wszystkie...?"

Krwawi, umiera, gubi się w myślach własnych,
Pochłania go bagno spraw i problemów,
Dusi się powietrzem codzienności...
Tonie On we własnych rozmysłach,
Pochłania go ciemność jego myśli...
Sponiewierają go łańcuchy życia,
Ciągnąc do ziemi,
Wzywając do płaczu...
Nie ma on pociechy,
Nie ma on ucieczki,
Nie ma on radości ani szczęścia,
Został sam smutek, rozpacz i samotność...

piątek, 18 września 2015

Przeprosiny

Z GÓRY BARDZO PRZEPRASZAM!

Za brak nowych opowiadań...

I wierszy...

Ale niedługo postaram się COŚ napisać! :)

Bądźcie cierpliwi :p


niedziela, 12 lipca 2015

Piosenka udręczonej duszy

Pośród ciemnego lasu w starej drewnianej chatce,
Żyła dziewczynka, która była w pełni oddana matce.
Lecz pewnego dnia zachorowała okropnie matka,
W leki uboga była już chatka.
Dziewczynka dla matki poświęcić się jest gotowa,
Słyszała, że w mieście o cudownym leku jest mowa.
Pobiegła w jego stronę tak szybko jak może,
Ten lek na pewno matce pomoże.
Biegnie w mgle wśród strasznych drzew,
Słyszy jak szepcze coś niby niewinny krzew.
Wszystkie stworzenia spowija mrok,
Lecz naszą dziewczynkę światło rozświetla co krok.
Cienie zaczynają szeptać,
Powoli w kierunku dziewczynki dreptać,
Aż w końcu w bieg się zrywają,
Jej światło zgasić- zadanie takie mają.
Dziewczynka ucieka, krzyczy, o pomoc prosi...
Mgła czarna coraz bardziej się unosi...
Spowija oczy dziewczynce, która się przewraca
O korzeń drzewa wrednego. Nadziei nie zatraca,
Biegnie przed siebie z łzami na twarzy.
Uratować matke- o tym tylko marzy.
Cała poraniona, zmęczona i śpiąca,
Ból i słabość w środku kryjąca,
Martwym krokiem zaczyna podążać.
Cienie zaczynają ją okrążać,
Tańczyć, skakać, cieszyć się z jej bólu, marzeń wspaniałych,
Wyśmiewają ją z racji powodzenia szans małych.
Dziewczynka upada pod naporem cieni,
Jej światło ledwo co się mieni,
Wstać próbuje resztką sił swoich... Podnosi oczy...
Deszcz zimny jej ciało moczy...
Trzęsię się z zimna i strachu dziewczynka mała,
A tylko matce pomoc chciała.
W końcu upada całkowicie, przewraca na plecy,
Cienie zaczepiają ją i ranią dla hecy.
Dziewczynka swe zakrwawione oczka zamyka,
Widzi już tylko kontur światła promyka.
Mgła ją pochłania, by do cieni dołączyła,
Swego bólu już więcej nie kryła.
W końcu umiera w cierpieniu...
Podobnie jak matka w swej chatki cieniu...

Czy tyle złego doświadczyć potrzeba,
By po śmierci zakosztować nieba...?